[2020] Artur Rojek “Kundel”

Długo wyczekiwany drugi album byłego członka alternatywnego Myslovitz po prawie sześciu latach wychodzi z metaforycznym albumem ,,Kundel”, choć ja bym nazwał go rzeczywistym mieszańcem, który gdzieś się zgubił w mroku, smutku oraz… przeciętności. Artur Rojek prezentuje się w nowej odsłonie, która nie każdemu przypadnie do gustu.

Kiedy w 2014 roku na światło dzienne wyszło debiutanckie solowe “Składam się z ciągłych powtórzeń” świat polskiej muzyki poczuł, że mają swoje małe arcydzieło, które wyłoniło genialne single, które szybko stały się w kraju uznane za mistrzostwa “Syreny”, “Beska” oraz “Czas, który pozostał”. Dzisiaj można sięgnąć po nowy album, nowego Artura Rojka, który w ciągu tych mijających sześciu lat miał wystarczająco dużo czasu, aby skonstruować coś oryginalnego, niekonwencjonalnego, ale tak się nie stało. Być można Artur w swojej wizji miał zaplanowane bycie tytułowym kundlem, czyli niewyróżniającym się na tle spośród wielu rasowych gwiazd. Cóż ja w tym widzę lekki fałsz, a nawet przesadę. Ostatnio popularny jest temat o “byciu sobą za wszelką cenę” i nie uważam, aby ten temat był zbędny bowiem to nie do końca taki przypadek, że akurat teraz wyszedł taki album. 

Moim największym problemem z ,,Kundlem” jest wyczuwalny dysonans pomiędzy tym w jakim stylu Rojek piszę swój album, a tym co w rzeczywistości dostaliśmy muzycznie. Poetycka wiązanka podpierana wysublimowanym, charakterystycznym stylem wyśpiewania, czasem wręcz mówienia kłóci się z niskiej jakości electro popem, który chamsko został wciśnięty. W pewnych momentach jednak można doszukać się spełnionych oczekiwań w postaci eleganckiego ,,W nikogo nie wierzę tak jak w Ciebie”. Wydaje mi się, że to może być najpiękniejszy moment, tuż obok energicznego, a zarazem pełnego emocji ,,Bez końca”.
Ta pierwsza troszczy się o warstwę liryczną, więc wspierany głos delikatnym wietrznym efektem wbija szpilki w serca. Tutaj też możemy spodziewać się przerwy w postaci art popowej dozy elektryczności, lecz jest tego tak mało oraz perfekcyjnie dopasowane, że słucha się tego jeszcze lepiej. Dramatyczność utworu wybrzmiewa najmocniej we fragmencie “Szczekamy brzydko. Krzyczysz tak bez otwierania oczu, i patrz. Znowu pożar. Odchodzę na kwadrans, goły wracam, zrozum. Mi też trudno ubrać się w słowa (…) Wiem, ile zepsułem, będę starał się bardziej”.       

 W ,,Bez końca” konkuruję energiczna warstwa produkcyjna z przerwami na dramaturgię oraz wokalach, które unoszą anielską atmosferę. Utwór doskonale łączy się i dochodzi do porozumienia. Pięknie przedstawiony obraz miłości opisany romantycznym piórem wywołuję u mnie mimowolne ,,och i ach”. Najmocniej odciska się w umyśle fragment “Gasisz we mnie wojny. I przykładasz lód. Bierzesz mnie za rękę. Gdy porywa nurt I możemy milczeć. Tak normalnie milczeć. Jak poranny śnieg, jak biały dym. Aż ukoi”.  

 Szkoda, że wcześniej musimy przejść przez wyjątkowo nudne ,,Intro”. Niepewnie idzie się także po polsko-niemieckim ,,Fur meine liebe Gertrude” gdzie prezentuję się najprostszy piano-baletowy styl i być może jest to tylko moje odczucie, ale niemiecka część utworu nie zachwyca tak jak polska. Nie rozumiem co śpiewa i to nie moja wina, że szybko moje emocje skrywają się za cieniem niedawnego smutku.

Pierwsza zapowiedź albumu ,,Sportowe życie” ładnie przypomina muzykę reklamującą wiosenne bloki programów komercyjnej telewizji; nawet sobie to wyobraziłem i teraz tylko czekam na realizację. Największym rozczarowaniem niestety okazuje się byle jakie ,,A miało być jak we śnie”, którym znajduję bardzo mocno uderzający tekst o nieistotnym życiu ludzkim w porównaniu do wszechświata. Mamy jedno życie, krótkie i jesteśmy skazani na ziemię, bez wszystkich odpowiedzi “Jestem tu na dożywocie. To tylko parę chwil. Jeszcze nie wiem, co jest potem. Gdzie potem mógłbym iść” oraz na czas, w którym najczęściej kwestionuję się stare tradycje, kulturę czy modę “Wszystkich na czeka to samo, chujowy hip-hop (doceń, doceń). Bóg jest lub go nie ma, i tak stracisz wszystko”. I jest mi przykro, bo muzycznie jest bardzo brzydko, tanio i denerwująco.

Przez chwilę zaskoczeniem jest synth popowe w klimacie retro pop lat 80 ,,Układy”, lecz bardzo szybko staje się nieistotny, małostkowy oraz pusty. Natomiast nie zdziwię się jeśli wielu ludzi odnajdzie w tym utworze coś należącego do ich życia – nostalgię. Ciekawiej wypada od poprzednika ironiczno-niepokojące wyznanie o prawdzie jak wygląda w rzeczywistości koniec świata w ,,Chwilę błyśniesz, potem zgaśniesz” – “Niby wszyscy patrzą, ale widzę to tylko ja. To miał być obrazek z Biblii – jeźdźcy i chóry trąb. A tu z morza wyłazi armia plastikowych fok”. Taki fragment tekstu wystarczy, aby zrozumieć, że świat nie zostanie zniszczony przez legendarnych jeźdźców apokalipsy z Biblii – tylko przez nas samych. Nie brakuję również nawiązania do problemu z bliskiej przyszłości, który wciąż traktowany jest powierzchownie – globalne ocieplenie “Ty pytasz po co nerwy, gdy świeci słońce. Dziś sobota, czyli dzisiaj masz wolne. Zjesz, zapalisz, potem zrobisz sobie zdjęcie. I innego końca świata tutaj nie będzie”. 

Tuż przed zakończeniem i najpiękniejszym momentem albumu znajduje się tytułowy utwór ,,Kundel”, który z jednej strony brzmi jak ,,Sportowe życie”, natomiast proponuje znacznie interesujący tekst z metaforą oraz życiową prawdą. To co jednak tutaj wypada lepiej to pewny siebie głos oraz triumfalne wykrzyczenie na głos “jestem sobą, nieważne co”. Artur Rojek twierdzi, że woli być dojrzałym zwykłym kundlem zamiast wypolerowanym i dostojnym pudlem świecącym na galach, spotkaniach itd. Mam taką nadzieję, że tak mogę to interpretować, bo trochę w tej całej radości o byciu sobą, w końcu zrobią z ciebie bardziej wyjątkowego i błyszczącego na tle innych rasowych psin. Rojek jednak jest pewny siebie i przekonany, że bycie kundlem uchroni go przed hienami, no ale kundle też są urocze.

Wychodzę z albumu za pomocą marnego outro, ale to nieważne. Moje serce zostało pocięte na dwie części. Jedna kocha ten album za teksty o których można myśleć oraz analizować drugie znaczenie jeśli takie występuje oraz momentami przepiękne możliwości wokalne. Druga część nie potrafi przejść przychylnie przez sferę muzyczną. Tam dzieje się wiele niedobrego i nie podoba mi się jak brzmi ,,Kudel”. Artur nie przebił swojego debiutu, wręcz wypadł z miejsca, w którym spokojnie można było dopełnić treść dobrą formą. Nie spełnił moich oczekiwań, ale wciąż nie jest to przyzwoity album; nie patrząc na poprzednie dokonania.

Artur Rojek - Kundel

0.00
6.9

Muzyka

4.0/10

Liryka

10.0/10

Wokal

8.0/10

Produkcja

4.0/10

Spójność

8.5/10

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.