Sam Smith wraca z długim krążkiem ,,Love Goes”, gdzie leczy swoje rany i znajduje w sobie motywację do dalszego życia. Towarzyszymy artyście podczas podróży po akceptacji siebie, zrozumienia na czym polega życie oraz wkraczamy w delikatny świat chłopaka z wokalnym talentem. Pytanie, czy tym albumem zachwyci publikę?

Można powiedzieć, że życie Sama opiera się jedynie na aspekcie miłosnym. Każdy jego album dotyczy oddzielnego etapu, przez który człowiek musi przejść. Od pragnienia miłości bez względu na konsekwencje, po okres prawie nihilizmu spowodowany odrzuceniem i zawodem, do dzisiejszego momentu – nabranie dystansu do miłości.

Jestem przekonany, że większość ludzi uwielbiających Sama Smitha, głównie uwielbia go za świetny, nieprzeciętny falset. Nic dziwnego, bowiem to jego najmocniejsza strona, która nigdy nie zawodzi. Natomiast ukryć się nie da, iż mniej wysiłku wkłada się na aspekt muzyczny. Na debiucie udowodnił, że potrafi wejść w klimat pop-soul przepełniony balladami. Na ,,The Thrill of It All” postawił na bardziej komercyjny pop-soul z dawką r&b i wyszło nieźle. A teraz dostajemy trzeci album, a u mnie zachodzi taki wniosek: twórczość Sama nigdy nie miała momentu, w którym powiedziałem “wow”. 

Oczywiście, trudno jest stworzyć niezwykle przebojowy utwór w stylu adult contemporary, ale nie oznacza, że nie da się tego dokonać. Trzecie podejście Sama i nadal ciężko jest mi powiedzieć, że coś jest wręcz wybitne.
Kolejnym elementem, czyli teksty raczej nie miały nigdy szczególnej uwagi wśród twórców. Co znowu pokazuje, że mamy do czynienia z najzwyklejszym popem, który udaje coś więcej.
Leniwe, pozbawione większego znaczenia lamenty lub podkład do muzyki tanecznej teksty prezentują słabą stronę Sama.
Utwór ,,Young” rozpoczyna naszą przygodę i myślę, że wiele osób lubiących śliczny dance pop mogą tego nie polubić. Ja natomiast znalazłem w tym przepiękną barwę wokalną, która brnie przez całość i naprawdę takie momenty pokazują, że wystarczy minimalizm, trochę acapella i Sam odwala dobrą robotę.
Następnie dostajemy singlowe, bardzo bezpieczne i komercyjne ,,Diamonds”, aczkolwiek to nie wystarczyło, aby podbić listy przebojów. W końcu to nie 2014 rok, żeby taki utwór kogokolwiek poruszył. Nie, nie jest zły.


Dość średnio wypada ,,Another One”, które muszę sobie przypomnieć, żeby się wypowiedzieć, mimo iż słuchałem przynajmniej cztery razy ten krążek. Do zapomnienia.
Sporym rozczarowaniem jest ,,My Oasis”, a szkoda, ponieważ klimat z początku mógłby uratować to co później się dzieje i- psuje. Mam pytanie, co tam robi Burna Boy? Nie jestem w stanie zrozumieć tego bełkotu.
Kolejny utwór, którego nie jestem w stanie zapamiętać to ,,So Serious”. I niech już tak pozostanie. Nie ma co się męczyć.
Album nadrabia dzięki ,,Dance (‘Til You Love Someone Else)”, które uznaje za jeden z najlepszych. Porządny beat, trochę disco, bogatego electro popu i ciepła bijącego z tej atmosfery. Mam nadzieję, że utwór zostanie kolejnym singlem i tym razem poradzi sobie znacznie lepiej od poprzednika. W ogóle Sam chyba lubi tańczyć, tak myślę po tytułach.

Trzy następne utwory to okej, spoko, poprawne ballady. Na ten moment wydaje mi się, że są wciśnięte na siłę, bo to Sam i bez takim utworów to ani rusz. Szkoda, że brzmią jak zrobione w 5 minut bez emocji. ,,For The Lover That I Lost” brzmi bezpłciowo, a ,,Breaking Hearts” irytująco szablonowe. Więcej melodyjności i nostalgii dostało ,,Forgive Myself”, które bezapelacyjnie jest najlepszą balladą tutaj, jednak to nadal nic szczególnego.
Tytułowe ,,Love Goes” po raz pierwszy przykuło moją uwagę pod względem produkcji – co możemy tylko zawdzięczać Labrinth’owi. Utalentowany producent dodaje krążkowi warstwę subtelności, którą oczekiwałem patrząc na okładkę. Oczekiwałem czegoś co mnie poruszy, i rzeczywiście udało się. Minimalistyczna produkcja, trzymająca w napięciu, a zarazem niezwykle harmonijna i melodyjna, pod koniec nagradza słuchacza ekspresyjnymi trąbkami.
W tym momencie krążek powinien się zakończyć, a ja wyjść z pozytywnym zakończeniem, no ale jeszcze zostało ,,Kids Again”, które powinno być mimo wszystko prędzej. Bardzo dobra piosenka, urocza i mocno nastawiona na falę emocji, która miałaby nami zawładnąć. Czegoś zabrakło, ale nie narzekam. Tylko nie powinno kończyć albumu!

Krótko o utworach, które dostały się na drugą płytę. Nie uznaje ich za część ,,Love Goes” tylko ,,To Die For”.
,,Dancing With A Stranger” nadal pozytywnie odbieram, chętnie wracam. Miła, ciepła atmosfera. W duecie z genialnym głosem Normani nadają produkcji klasy.
,,How Do You Sleep?” zarówno ,,I’m Ready” są tak złe, że nie wiem co mogę więcej powiedzieć… Wtopy.
,,To Die For” brzmi jak telewizyjna ballada, całkiem sympatyczna i trochę nudna.
,,Promises” dobrze radzi sobie jako muzyka w tle, ale nic poza tym, bo nawet potańczyć się nie da za bardzo. Aha, ta dziewczyna brzmi strasznie.
A na koniec utwór z końca 2018 roku – ,,Fire On Fire”, który do tej pory pozostawia ciarki i bardzo pozytywne wrażenie. Blisko perfekcji.

Reasumując, nowy krążek Sama Smitha to przygoda trochę męcząca, nieco chaotyczna, ale warto spróbować przez nią przejść. ,,Love Goes” oferuje wachlarz stylów, czasem nawet wychodzi poza spójność. Nie ma tutaj takich emocji, na jakie liczyłem.

product-image

Sam Smith - Love Goes

6.8

Co o tym sądzisz?

Podekscytowany
0
Szczęśliwy
0
Kocham
0
Nie wiem
0
Raczej słabo
0

You may also like

Leave a reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

Więcej w:Albumy