[2020] Louis Tomlinson “Walls”

Louis Tomlinson wkracza w 2020 rok z debiutanckim albumem, który podsumowuje go jako artysty z prawie dziesięcioletnim stażem. “Walls” prezentuje zarówno rozwój, jak i jego brak. Wśród swoich kolegów z One Direction jako jedyny nie dał rady wyjść z bańki przyjaznego teen popu, który prezentował sam boysband.

Czy znajdziemy tutaj jednak coś zmieniającego Louisa ze zwykłego nieudolnego komercyjnego chłopaka w mężczyznę całkiem nieźle opowiadający o swoim życiu niczym rollercoaster.

Cieszę się, że poziom pisania tekstów na “Walls” jest bardziej zaskakująco dobry, niż można było się spodziewać. Oczywiście nie brakuje tutaj ghostwriterów, ale aż tyle nie wymagam od Louisa. Wspomniałem wcześniej o jednym i tym samym kierunku muzycznym jaki tkwi i nie chcę odpuścić. Rozpoczynamy album jednak z czymś odrobinę innym niż reszta, bo mamy tutaj do czynienia z lekkim pazurem “Kill My Mind“. Louis zdradza tutaj młodzieńcze szaleństwa, często okazujące się być błędami. Przy okazji płynnie śmiga przez ładnie ułożone metafory.

Tomlinson jednak najlepiej czuje się w mniej wymagających utworach. “Don’t Let It Break Your Heart” przypomina radiowe hity 2012, próbując swoich sił jako optymistyczny hymn dla zagubionych dusz. Niestety Louis nie potrafi okazywać żadnych emocji przez wokal, dlatego ciężko jest poważnie odebrać “Two Of Us“, niosące za sobą ślad rozpaczy po zmarłej matce. Asem w rękawie zawsze są rymowane utwory “We Made It“, jako że jego zdolności wokalne nie są niczym co można chwalić to zawsze wspiera się auto-tunem, lub innymi efektami upiększającymi wokale. W tym momencie jestem już w stanie wyrazić zdanie, że biedny Louis jest absolutnie pozbawiony muzycznej osobowości, jednak nie on jedyny ma taki problem.

Zanudzić może powiewające “Too Young” zbyt zwyczajne i banalne, aby zorientować się kiedy wjechała ballada “Walls” w stylu pop rockowego zespołu, o których zapomnisz tak szybko jak tylko ich poznasz. Jednak są tutaj gitarowe chwyty przypominające mi coś z Avril Lavigne, lecz jakoś wszystko rozmywa się, nie zostawiając po sobie ani śladu w głowie. Na “Habit” po raz kolejny słychać Avril z czasów “Under My Skin“, a rosnące z czasem instrumenty wybrzmiewają dając lepszy końcowy efekt. “Inspirację” kończą się wraz z czymś co brzmi jak odrzut z ostatniego albumu One Direction. “Always You” to bezpłciowa piosenka, podczas której zachodziło pytanie, czy ja na pewno słucham muzyki czy ktoś sobie ze mnie żartuje.

Słuchając po raz drugi “Walls” zaczynam się denerwować i wściekać, że zamiast zaskoczyć wszystkich przynajmniej rozrywkową muzyką, on natomiast wciska więcej kiepskich gitarowych piosenek, które ani nie urzekają, ani nie nadają przyjemnego nastroju. Bezbarwne “Fearless” wlatuje jednym uchem, a drugim wylatuje. Na szczęście pod koniec nie muszę już tyle narzekać. Pomimo, że krótkie “Only For The Brave” niespecjalnie pasuje do reszty to wypada najciekawiej. Nie najgorzej wygląda przedostatnia kompozycja “Defenceless“, która broni się przytłaczającym i silnie oddziałującym tekstem, z optymistycznym wydźwiękiem przez wakacyjno-nostalgiczny klimat utworu.

Louis na “Walls” nie postanowił nowego kroku, nie dokonał przełomowej ewolucji, ani nie sprawił żeby opadła mi szczęka, a moje oczy zalały się łzami, chociaż gdyby ktoś bardziej uzdolniony dostał ten album, prawdopodobnie zbierał bym się z ziemi, analizując to jak bardzo niektóre teksty opisują przerażające wydarzenia, takie jak młodzieńcza zguba, śmierć własnej matki, wrażenie bezsilności. Niestety sam artysta nie podołał w pełni zadaniu, pozostawiając za sobą zdenerwowanie i niedosyt.

 

Louis Tomlinson - Walls

0.00
5.6

Muzyka

5.5/10

Liryka

7.5/10

Wokal

4.0/10

Produkcja

5.0/10

Spójność

6.0/10

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.